Nasza młodziutka mieszkanka – Basia już wróciła z Rejsu Niepodległości – oto jej relacja

    „Mam wrażenie, że pół roku minęło, chociaż spędziłam na Darze Młodzieży tylko, a może aż, 35 dni. Wrażeń przywiozłam wiele.

    Życie na statku ma w sobie sporo z wojska. Należy twardo trzymać się zasad i wykonywać polecenia. Bywa ciężko, szczególnie ze snem. Załoga statku podzielona jest na system 3 wacht. Byłam w wachcie pierwszej, pełniłam służbę od północy do 4 rano i od 12 do 16. Wykonywaliśmy prace konserwatorskie statku, czyściliśmy, malowaliśmy, sprzątaliśmy, na wachcie nocnej obieraliśmy ziemniaki, stawialiśmy i składaliśmy żagle, klarowaliśmy liny. Każda wachta ma swój maszt, o który szczególnie dba. W trakcie całego rejsu wymieniliśmy  wszystkie żagle na nowe i odmalowaliśmy reje. Statek uczył nas punktualności, utrzymywania porządku i posłusznego wstawania po 2,5 h snu, w moim przypadku, na poranne przeliczenie.

      Z przyjemniejszych wspomnień na zawsze zostanie mi w pamięci rozgwieżdżone południowe niebo, gdy leżałam głęboką nocą na pokładzie. Miałam wtedy czas na wyciszenie i rozmowę z Bogiem.  Nauczyłam się rozpoznawać Krzyż Południa, Mars i Jowisz. Obserwowałam fluorescencyjny plankton, latające ryby i delfiny. Podziwiałam wschody i zachody słońca. Gdy wiał mocny wiatr, przy postawionych żaglach często nasza fregata płynęła przy mocnym przechyle. Wtedy na statku było wesoło. Musieliśmy pilnować, by nie uciekła nam z talerza zupa, chodziliśmy obijając się o ściany, na placu nazywanym Kaszubskim zjeżdżaliśmy na kocach. Mogłam długo patrzeć na wzburzony ocean. Nie przytrafił nam się żaden sztorm, jednak przekonałam się, że nie cierpię na chorobę morską. Również przebywanie na wysokości, klarowanie żagli na najwyższych rejach, sprawiało mi przyjemność i satysfakcję.

    Inne atrakcje to chrzest równikowy, który rozpoczął się pieczątką na czole i przedramieniu. Kolejnego dnia zostaliśmy poddani pewnym próbom. Musieliśmy przejść przez rekina, a więc tunel oblewany obficie słoną wodą, fryzjerzy nakładali nam na głowę papkę z płatków kukurydzianych, pirat częstował ostrą potrawą, a medycy wykonywali swoje nieprzyjemne zabiegi. Na koniec każdy otrzymał nowe imię. Moje to Biegający Konik Morski. Poza tym mieliśmy zorganizowany grill i dwie zabawy taneczne na pokładzie, na środku oceanu,  przy zachodzie słońca.

       Cieszę się, że nie zabrakło również aspektu duchowego. Zwieńczeniem każdego dnia była msza św. na Placu Kaszubskim, w niektórych dniach była ona prawdziwy wyzwaniem z powodu silnego bujania. Także w ciągu dnia spotykaliśmy się na dziobie na modlitwie. Dla mnie ten czas rejsu był w dużej mierze rekolekcjami, również dzięki licznym poważnym rozmowom z wspaniałymi ludźmi, których tam poznałam. Było wspólne śpiewanie przy gitarze szant, piosenek religijnych i popularnych. W godzinie wybuchu powstania warszawskiego spotkaliśmy się, by śpiewać pieśni patriotyczne. Prawie codziennie biegałam po statku, tak jak zamierzałam. Było to dość uciążliwe z powodu małej powierzchni, monotonii i niestabilnego podłoża, ale sprawiało mi ogromną radość i pozwoliło utrzymać kondycję. Również inni studenci ćwiczyli, skacząc na skakance, robiąc pompki, brzuszki itp.

     Wypływaliśmy z Teneryfy, ale niestety nie dano nam możliwości, by zwiedzić tę wyspę, oprócz godzinnego przejazdu autobusem z lotniska. To co zobaczyłam, to szara, naga ziemia, uboga roślinność i fragment turystycznego miasta. Później zatrzymaliśmy się na dwa dni w Dakarze, stolicy Senegalu. Zwiedzałam Wyspę Niewolników i na własną rękę miasto. Mieliśmy zorganizowany mecz z senegalską młodzieżą, który bezkonkurencyjnie przegraliśmy. Żałuję, że w trakcie meczu musiałam zostać na statku, by pomóc w kuchni i przy rozładunku wody. W Dakarze zobaczyłam tłok, dziwny ruch na drodze, w którym piesi z powodu braku miejsca na chodnikach chodzą ulicą i mają pierwszeństwo przed samochodami. Ludzie z jasną karnacją byli atrakcją dla tamtejszych mieszkańców. Zobaczyłam bardzo biedny kraj i doceniłam to, że urodziłam się w Polsce. Następnie w ciągu kolejnych 28 dni tylko mijaliśmy niewielką wyspę św. Heleny, gdzie został uwięziony i zmarł Napoleon Bonaparte. Naszym celem był Kapsztad, stolica RPA. Na ląd zeszłam tylko na kilka godzin, które wykorzystałam chyba możliwie najciekawiej, bo weszłam na Wzgórze Sygnałowe. Było to najbliższe, całe zielone wzgórze, z którego było widać przepiękną panoramę miasta, widok na słynną Górę Stołową i ocean. Kapsztad nie jest bezpiecznym miastem, szczególnie dla ludzi białych. Bardzo się cieszę, że w drodze powrotnej mieliśmy przesiadkę w Doha, stolicy Kataru.  W środku nocy wynajęliśmy tam taksówkę i dzięki temu w ciągu 3 godzin zobaczyliśmy jedno z najbogatszych na świecie, arabskie miasto wybudowane na pustyni.

      Z rejsu wróciłam rekordowo zmęczona i bardzo szczęśliwa. Miesiąc spędziłam bez zasięgu w telefonie i połączenia z Internetem, integrując się z bardzo ciekawymi ludźmi, nabywając zupełnie nowego doświadczenia i opływając zachodni brzeg Afryki”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *